Recenzje / Wiadomości

kategoria: OPPO PM-2
2015-03-10

Wyjątkowy styl brzmienia... Recenzja OPPO PM-2 w serwisie HiFi PHILOSOPHY

W HiFi PHILOSOPHY, znanym polskim serwisie o tematyce hifi pojawił się test słuchawek planarnych OPPO PM-2. Pan Piotr Ryka, autor recenzji nie ukrywa, że nowe słuchawki OPPO przypadły mu do gustu: "Kapitalna reprodukcja słabych nagrań" "Okazało się, że przechwałki ludzi od OPPO wcale nie są czczą pogróżką. Te słuchawki naprawdę potrafią rzeczy gdzie indziej niemożliwe."

 

WSTĘP

Ta recenzja będzie zwięzła w części przedodsłuchowej, ponieważ sprawy z tą częścią związane zrealizowały się bez mała całościowo przy okazji modelu PM-1. Zgodnie z zapowiedzią producenta PM-2 to te same słuchawki, tylko mniej ekskluzywnie wykończone, a więc coś dla oszczędnych, ale chcących zachować pełnię walorów brzmieniowych.

PM-2 są według samego OPPO identyczne z PM-1 w warstwie brzmieniowej. Kosztują znacznie mniej wyłącznie ze względu na wygląd i wyposażenie. Natomiast według mnie grają lepiej niż PM-1 z czasów recenzji, a wyglądem się właściwie nie różnią.

 

 

BUDOWA

Długo się przyglądałem nowoprzybyłym PM-2, porównując do zdjęć PM-1, bo bez takich porównań naszła mnie myśl, że dystrybutor pomylił modele. Natomiast różnice w wyglądzie są doprawdy śladowe. Tak naprawdę są dwie: skóra na obszyciu pałąka nie jest błyszcząca i nie jest także błyszcząca na samych padach, a zwłaszcza na ich bokach. Poza tym dziurki perforacyjne na tych bokach są teraz mniejsze, a same pady bardziej miękkie. Wszystko to ma istotną przyczynę. Zauważono bowiem rzecz bardzo ważną, o której sam w recenzji pisałem, że mianowicie pasmo zostało okrojone w tych PM-1 od góry, co przekładało się na mniejsze poczucie naturalności i w efekcie mniejszą satysfakcję słuchającego. Winowajca znalazł się nie w samym przetworniku – bardzo innowacyjnym, a więc w pierwszym rzędzie o to podejrzanym – tylko właśnie w padach. Wcale nie jest tak, jak mi się podczas pisania recenzji zdawało, iż owa innowacyjność, nadająca słuchawkom planarnym niespotykanie lekkiej konstrukcji, okupiona została grzechem cięcia sopranów. Winowajcą okazała się filcowa wkładka modelująca w padzie, przysłaniająca część przetwornika. Połapawszy się w tym OPPO szybko błąd naprawiło, wyrzucając filc i czyniąc pady bardziej odsłaniającymi przetwornik. W efekcie już podczas trwającej kilka minut sesji z PM-2 na Audio Show zaskoczony zostałem ich sopranową swobodą i naturalnością. Nie wiedziałem wówczas o tej filcowej przygodzie i rzecz złożyłem na karb doskonałego wygrzania egzemplarza prezentacyjnego, albo może poprawki w samym wzmacniaczu, bądź ewentualnie poprawy przetwornika. Pady jakoś nie przyszły mi na myśl. A w sumie powinny, bo na oko tylko one się różnią.

 

 

O brzmieniu będzie za chwilę, a na razie kończmy sprawy techniczne. Słuchawki zachowały odpinane kable modelu wyższego, a do mnie przyjechały nie tylko ze standardowym przewodem niesymetrycznym, ale także symetrycznym, zakończonym 4-pinem, na który trzeba wyłożyć dodatkowe 850 złotych. Poza tym jest już w standardzie krótszy kabel dla urządzeń przenośnych, zakończony małym jackiem. Jak najbardziej będzie on użyteczny, ponieważ słuchawki, mimo iż planarne, mają czułość aż 102 dB, czym nie może się pochwalić nawet większość dynamicznych, a inne planarne nawet się do tego nie umywają. Można zatem grać z czegokolwiek, i tak będzie grało.

Największa różnica względem PM-1 dotyczy opakowania. Tym razem samo pudło sporządzono z tworzywa, które u PM-1 stanowiło jedynie zewnętrzne opakowanie eleganckiej drewnianej kasety. W środku poza słuchawkami i kablami znajdziemy pokrowiec na zamek z mocnego brezentu stylizowanego na jeans, co wobec możliwości mobilnych jest zrozumiałe samo przez się.

 

 

Jako identyczne konstrukcyjnie i brzmieniowo dziedziczą PM-2 wszystkie cechy wyższego modelu: impedancję 32 Ohm, pasmo przenoszenia 10 Hz – 50 kHz, skuteczność 102 dB i prawie tą samą wagę 385 g. Kluczem jest jednak sam przetwornik, sporządzony z aż siedmiu warstw, dających trwałość strukturalną umożliwiającą bezpośrednie przytwierdzenie spiralnych cewek o neodymowych magnesach. Cewki – jak to u planarów – znajdują się po obu stronach i mają dwukrotnie większą gęstość zwojów niż w innych tego typu konstrukcjach. To z kolei umożliwia dokładniejszą kontrolę ruchu membrany, a więc mniejsze zniekształcenia. Cienkość membrany w połączeniu z gęstością zwoju powoduje też szybszą niż u innych odpowiedź sygnałową, co dodatkowo eliminuje zniekształcenia, a kolejnym atutem jest wielkość, jako że są to membrany o wymiarach 85 x 69 mm, a więc jedne z największych na świecie.

 

 

Technologiczny aspekt okazuje się zatem imponujący, przynajmniej na papierze pozwalając dopatrywać się rzeczy niezwykłych. Dopełnieniem przewag jest niewielka zalecana moc, wynosząca ledwie 0,5 W, czyli pozwalająca się obsłużyć przez dowolny słuchawkowy wzmacniacz.

Brak połysku elementów skórzanych u modelu PM-2 wynika z tego, że są wykonane ze skóry sztucznej a nie jagnięcej, co przy dzisiejszym poziomie technologii imitacji skórzanych nie stanowi w dotykowym odbiorze żadnej praktycznie różnicy.

Konstrukcja jest niby otwarta, tak przynajmniej twierdzi producent, ale w rzeczywistości owa otwartość to tylko malutkie otworki na zewnętrznych pokrywach, tak więc określenie półzamknięte chyba lepiej by pasowało.

Pozostaje do opisu wygoda, a ta jest bardzo dobra. Słuchawki dobrze osiadają i nie są ciężkie, a podłużny kształt muszli ułatwia objęcie ucha. Mięciutkie pady są przyjemne i nie powodują pocenia, a producent zwraca uwagę, że wypełniono je naturalnym lateksem, bijącym jakością na głowę wszelkie zwykle używane pianki i gąbki. Zatem lateks na głowę, bijący na głowę, i niech nas głowa o jakość nie boli. Także regulacja zawieszenia ze słuchawkami na głowie nie nastręcza kłopotów, a punkty mocowania – całkowicie ukryte we wnętrzu pałąka – trzymają bez zarzutu. Dobrze to OPPO główkuje, nie ma co, a w efekcie problemy z ergonomią mamy z głowy a nie na głowie. Kabel nie jest ciężki, nawet ten symetryczny, a jego elastyczność i brak sprężystości dodatkowo umilają życie.

 

 

ODSŁUCH

Słuchawki przyjechały z dedykowanym wzmacniaczem HA-1, a ściślej pełnoobsługowym kombajnem, obejmującym funkcjami także przedwzmacniacz i przetwornik. Podpiąłem go do komputera kablem USB ifi Gemini z przystawką iPurifier, tak żeby tym razem inaczej było – i pogrążyłem w odsłuchach. Gdyby nie wspomniana przemiana sopranów, ich relacjonowanie byłoby zbyteczne i wystarczyłoby odesłać czytelników do recenzji modelu PM-1, ale zmiana zaszła, słychać ją było wyraźnie, tak więc wyłgać się od ponownego słuchania i opisu nie było sposobu. Zatem znów mały rajd porównawczy, tak by rozeznać brzmienie na tle konkurencji. Oczywiście przede wszystkim z własnym tego samego producenta wzmacniaczem, jako że stanowi element kompletu.

Postanowiłem sięgnąć po słuchawki nieobecne podczas testu niemal identycznych PM-1, a konkretnie po także planarne i też mogące się posłużyć kablem symetrycznym  Audeze LCD-XC oraz dynamiczne i również mające konstrukcję otwartą Sennheisery HD 800. Zdania co do otwartości samych PM-2 w międzyczasie wprawdzie nie zmieniłem, ale nomenklatura jest nomenklatura i niech będzie, że porównywać będziemy otwarte do otwartych. Najpierw jednak sięgnijmy po zamknięte.

 

Ze wzmacniaczem/przetwornikiem OPPO HA-1
Porównanie z Audeze LCD-XC (pady welurowe, kabel FAW Noir – symetryczny) oraz Sennheiser HD 800 (kabel FAW Noir Hybrid)

 

 

No to jesteśmy przy przedmiocie recenzji. Bezpośredniość – ta całkowita, namacalna rękami – natychmiast wróciła. Pogłębiło się też brzmienie, a czernie wróciły w miejsce szarości. Kontrast się wzmógł, pierwszy plan przybliżył, natomiast soprany pojawiły takie pośrednie pomiędzy Audeze a Sennheiserami. Osadzone w paśmie i jednocześnie większy w nim udział mające.  Najbardziej poprawne w sensie jednocześnie bliskiego a nie przerysowanego odbioru. Dalece też inne także od tych z recenzji modelu PM-1, gdzie były przysadziste i pogrubione, a teraz całkiem takie jak trzeba. Na pewno najnaturalniejsze ze wszystkich uczestników porównań, bo ani odległością przygaszone, ani podrasowane i obwiedzione pogłosem. Orkiestra grała blisko i z całym brzmieniowym popisem, minimalnie tylko w przypadku słabszych plików tonowanym gorszą jakością nagrania – a w dodatku wówczas w sposób korzystny, bo bez żadnych ostrości, pików czy innych ostrych krawędzi, które się czasem pokazują u takich Ultrasonów E10 albo Beyerdynamic T70. W lekkim złagodzeniu naturalnych kontrastów, które na słabych plikach nie mogą przecież być naturalne.

Za to bas nie chciał być taki układny i pracował na własny użytek, to znaczy mocno się wybijał, co skądinąd jest naturalną rolą basu a nie sopranów. Grało to zatem prawidłowo, bezpośrednio, z pięknym nasyceniem a zarazem całkowitą naturalnością. Żadnych dodanych pogłosów, żadnego uciekania w daleki dystans ani sopranowych podniet poza granicą przesady. Sama obecność konkretu i basowy rytm dużych rozmiarów, o ile taki w nagraniu istniał. Aż z ciekawości sięgnąłem na chwilę po nieprzewidziane do uczestnictwa w teście Fostexy TH-900, by porównać te basowe rewiry. Nie było wątpliwości, że u japońskiego flagowca bas bardziej był odseparowany i trochę twardszy, przy czym sama prezentacja odbywała się na dalej postawionym pierwszym planie, co stwarzało inną atmosferę, zwłaszcza że u Fostexów też obecny był pogłos, którego u OPPO nie było. Znowu nie wiadomo na ile maczał w tym palce niesymetryczny kabel, ale sposób grania OPPO z własnym wzmacniaczem trochę bliższy był rzetelności odtwórczej. Miał więcej powietrza w dźwięku i dźwięk ten szerzej propagował w przestrzeni, a mniej nieco sztucznego podbicia i twardego pogrubienia. No i nie miał pogłosowej otoczki. Mówiąc nieco inaczej, ten od OPPO bardziej był ekstensywny – to znaczy niósł się i promieniował – a ten od Fostexów bardziej punktujący, twardy i pogłosowy. Też bardzo przyjemny i bogaty akustycznie, ale mniej pokrewny ścisłemu realizmowi i nieco od słuchacza odsunięty.

 

 

Przeniosłem się na koncert fortepianowy. Tu wszystko działo się wedle zaleceń mistrza Polliniego. Odnosiło się całościowe wrażenie jakby siedzieć w sali koncertowej o lekko stonowanym świetle, bez śladu jakichkolwiek rozjaśnień, a sam dźwięk był klarowny i pełny. Rozwarstwiający się, dźwięczny, dający wrażenie fortepianu nastrojonego dość nisko  i potężnie brzmiącego. Sopranowe nuty śladu nie miały pikanterii ani zwężenia, tylko niosły się szeroko i wybrzmiewały dość nisko. Bardzo przestrzennie i bardzo nośnie. Tak więc popisowo to grało, pomimo że materiał był w skromnym formacie mp3. Analogicznie flet grał bez cienia piskliwości, tak samo jak klarnety i oboje. A za wszystkim stało jeszcze promieniowanie całego dźwięku. Nie tak popisowe jak w głośnikach Raidho, ale się zaznaczające i na pewno mocniejsze niż u pozostałych uczestników porównań. Doskonale też wszystkie dźwięki się zazębiały i nakładały w sposób jedne drugich nie przysłaniający, co dobrze korespondowało z obietnicami producenta o braku zniekształceń dzięki przetwornikom lepszym od innych.

Pozostały jeszcze wokale. Te zabrzmiały blisko i głęboko. Cieniście, spokojnie, bez podkreślania się syczących i grasejujących spółgłosek. Dość delikatnie, ale z mocnym wypełnieniem, bardziej krzepko niż u opisywanych niedawno nauszników McIntosha napędzanych przez ten wzmacniacz. Z otwartą górą, ale zupełnie bez jej podkreślania i bez w związku z tym emocjonalnego rozbudzenia. Tak bardziej jazzowo i z wyjątkowo dokładną ale nie podostrzoną artykulacją. W przeciwieństwie do Audeze nie było wyraźnych krawędzi tylko trójwymiarowo wymodelowane i wycieniowane na obrzeżach bryły. A więc znowu naturalność i brak zniekształceń. Bardziej prawda i życie niż teatr. Zupełna zarazem opozycja do Audeze z ich ekscytacją, drżącymi sopranami i wszechobecnym pogłosem.

Zapomniałbym o scenie. A była bardzo duża, mimo że nie podkreślana echami. Brzmienia niosły się daleko i nie brakowało w nich magii ani tajemniczości. Poetyka obszaru silnie dawała się odczuć, a przy tym nic w niej nie było ze sztuczności czy efekciarstwa. Sam dźwięk naturalnie podany i w dal odpływający; kiedy trzeba potężny, gdy trzeba delikatny, zawsze dźwięczny i nośny. Pozbawiony cienia histeryczności czy sztucznej egzaltacji. Taki niby od niechcenia, a jednocześnie pełen esencji i znaczeń.

 

 

Puściłem jeszcze ciężkiego rocka. Pokazało się to samo co w przypadku wokaliz, to znaczy przekaz uspokojony i jednoznacznie ukierunkowany na poprawność a nie efekciarstwo, a jednocześnie nasycony, rozwibrowany i bardzo treściwy. Mocny w wyrazie nie poprzez nerwowe akcenty sopranów, tylko siłę przywołanej realności i właśnie doskonałą poprawność, która nie pozwalała się odrzucić i w porównaniach udowodniała swoją wyższość. Było to granie dość podobne do prezentowanego przez świetnie napędzane Sennheisery HD 800, ale z bliższym pierwszym planem i nieco większym nasyceniem. Pozbawione ostrości, ale dosadne realnością.

Ze wzmacniaczem ASL Twin-Head

Na finał zostawiłem odsłuch z własnym wzmacniaczem, biorącym sygnał od Accuphase DP-700 po referencyjnym kablu od CrystalClear. Zostawiłem jednocześnie kabel symetryczny w Audeze i OPPO, bo Twin-Head ma 4-pinowe wejście, tyle że nie stoi za nim symetria samego wzmacniacza.

 

 

Jeżeli przez holograficzność rozumieć rozbicie na poszczególne plany, czyniące scenę podzieloną na sektory w kierunku głębi, to OPPO PM-2 holografii nie posiadały wcale. Cała ich scena była jednospójna, jak to mawiają topolodzy, czyli faceci zajmujący się matematycznym opisem powierzchni. Jednospójna, a więc bez żadnej dziury. To zdecydowanie je wyróżniało na tle dwóch pozostałych, a jeśli ktoś się domyśla, że wyróżniało pejoratywnie, to zupełnie nie ma racji.

One jedne grały tu dość podobnie do prezentacji z własnym wzmacniaczem, chociaż także sporo inaczej, bardziej zdecydowanie podkreślając swoją odmienność. Na wyższym też poziomie, ale to jasne, bo wzmacniacz cztery razy był teraz droższy, a źródłem super odtwarzacz a nie pliki z Internetu. Nie chcę się jednak rozwodzić nad wyższościami, tylko nad specyfiką, a ta była właśnie taka, że cała scena stapiała się w jedno, na całej czuć było pęd powietrza i cała promieniowała. Pierwszy plan był bliższy niż u Sennheiserów, bo one z Twin-Head mają dosyć daleki, a poza tym one grały mocnym rozbiciem na źródła, pomiędzy którymi często nic się nie działo, a u OPPO był to jeden dźwiękowy świat, całkowicie spojony. Wszędzie to powietrze niosące dźwięki, wszędzie jakaś akcja.

 

 

Ale to nie jedyne różnice. Dźwięk miały te OPPO trochę cieplejszy, trochę całościowo wyższy, a poprzez to trochę jaśniejszy. Także skutkiem w samym dźwięku większej ilości powietrza, bo ono nie tylko dźwięki niosło i pomiędzy nimi było obecne, ale także było w nich samych. Lecz kiedy się najbardziej wsłuchiwać, wówczas największa różnica nie była w bliższym pierwszym planie (bliższym także niż u Audeze), ani nawet w tej całościowej spójności, tylko w większym rozpostarciu samych dźwięków. Już na wzmacniaczu OPPO zwróciłem na to uwagę, a tu stało się to jeszcze bardziej widoczne. Najlepiej jak zwykle w przypadku fortepianu, a w nim na wysokich dźwiękach. Te u Audeze były wysokie i dosyć wąskie, ale bardzo dźwięczne i subtelne, dzięki czemu w odbiorze przyjemne. U Sennheiserów niższe, ciemniejsze, też dźwięczne, przestrzennie rozleglejsze, niemniej na pewnych obszarach tylko skupione i do nich głównie ograniczone. Nie promieniujące na całą scenę, tylko gdzieś bytujące. Tymczasem u OPPO były nie tyle może jeszcze niższe, co złożone z samej propagacji, która nie strzelała jak u Audeze i w mniejszym stopniu u Sennheiserów głównie w górę, tylko na całą przestrzeń emanowała. Nie jak z reflektorów skierowanych w niebo, tylko jak z lampy sufitowej we wszystkich kierunkach, co dawało zupełnie inny odbiór. Stawały się tym sposobem prawdziwsze, piękniejsze, bogatsze, bardziej wielowarstwowe i żywsze, a mniej martwe i bierne. I to było dobre – jak mawiał Bóg zrobiwszy to czy tamto.

 

 

Panowie, żarty żartami, a sprawa jest poważna. Mamy do czynienia z sytuacją niezwykłą. Wiem, recenzenci zwykli przesadzać, niesieni skrzydłami weny popadając w stany euforyczne z byle powodu. Mimowolnie utożsamiają się często z recenzowanym przedmiotem, o ile tylko nie jest rozczarowujący. Cokolwiek wystarcza, by zapiali z zachwytu. Dlatego czytelnicy słusznie patrzą na ich poczynania z rezerwą i tną epitety przez pół albo i na ćwierci. Ale taka sytuacja nie zachodzi tym razem. Ani trochę.

Recenzja ta nie miała się ukazać bezpośrednio po dotyczącej słuchawek McIntosha, by nie było słuchawek raz za razem i żeby tańsze o ponad połowę nie sąsiadowały z droższymi. Tak jednak wypadło, że ta przewidziana jako przerywnik w testach się przedłużyła, a plany wydawnicze mają swój rytm nieubłagany. Dlatego jedziemy bez przerywnika, ale z drugiej strony to dobrze. Dobrze nawet po dwakroć, jako że dwa razy z rzędu mamy do czynienia ze słuchawkami wybitnymi i dzięki temu zdążyłem je jeszcze wyrywkowo porównać. A to było bardzo pouczające. Wyszło bowiem na jaw, że reprezentują dwa przeciwstawne style. Z grubsza biorąc styl słuchawek zamkniętych i styl otwartych, z dodatkowym jeszcze podziałem na charakterystyczne dla dynamicznych i planarnych. A w tle na dokładkę majaczą podobnie innowacyjne membrany o trzech i siedmiu powłokach oraz zapewnienia twórców o wyjątkowości. Ale nie o podziały tu idzie, ani obiecanki, tylko o samo brzmienie – i je trzeba koniecznie porównawczo scharakteryzować.

 

 

Nie słuchałem aż do tego momentu żadnych z tych słuchawek na swoim wzmacniaczu. Lampy ma strasznie drogie, a z opisu nic nikomu nie przyjdzie, bo drugiego takiego nie ma. Ale jako źródło badawcze ma swoje zalety, bo pokazuje więcej. Duża trioda jest duża, a przeciętny tranzystor przy niej jak mysi cycek. Nie chcę ubliżać tranzystorom, są pośród nich wzmacniacze wybitne, ale pewnych aspektów nawet te wybitne nie łapią. Odłóżmy dyskusję, czemu tak się dzieje, i bierzmy się za konkrety.

Najpierw napiszę konkluzję, która zresztą już padła – jedne i drugie słuchawki są wybitne. Ale wybitne są z różnych względów, w dodatku po sporej części wzajemnie przeciwstawnych. Atuty nowych McIntoshy to drajw, punch, ekstremalne nasycenie, brzmieniowa głębia i super wyraźny obrys. Dźwięk niesamowicie mają nasycony, skoncentrowany jak atrament. Każda jego kropla waży tonę i niczym nie jest rozcieńczana. Czysta esencja. A waży tyle nie tylko siłą koncentratu, ale dodatkowo siłą wykopu. Niesamowita energia, całkowicie dosłowna, tak jakby ktoś bił prosto w ciebie. Tak biją tylko słuchawki zamknięte i tylko one mają aż takie dźwiękowe skupienie.

 

Ale pisałem jednocześnie o tych McIntoshach, że potrafią także operować dźwiękiem bardzo delikatnym, a ponieważ to czynią, powstaje ekstremalny kontrast, który jest wyjątkowo spektakularny. Jednoczesna delikatność, młodzieńczość i świeżość, a tuż obok moc, nasycenie, potężna siła.

I teraz kontrast najważniejszy – kontrast stylistyczny pomiędzy McIntosh MHP1000 a OPPO PM-2. Bo OPPO robią wszystko zupełnie inaczej. Właśnie nie budują kontrastów. Kontestowałem ich budowę otwartą, która w sensie konstrukcyjnym jest prawie cała z samej nazwy, albowiem kiedy przyłożyć dłonie do pokryw zewnętrznych, dźwięk niemal się nie zmieni, a w prawdziwych słuchawkach otwartych ulega zasadniczej degradacji. Ale mówić o nich, że są otwarte, jest całkiem słuszne, bo one grają jak otwarte. Ba, grają nawet większą otwartością niż inne. A ta otwartość bierze się z dźwięków przesyconych i niesionych powietrzem, nie przykutych do miejsc, tylko nieustannie propagujących. Jednocześnie nie stawiających na kontrast. Scena dzięki tej propagacji cała staje się jednorodna, a dźwięki na niej do siebie z samej natury podobne. Wszystkie w sposób widoczny z powietrza, a przez to mniej nasycone i mniej nawzajem kontrastowe, a bardziej współpracujące i (sic!) pod pewnymi względami dużo lepiej określone.

 

 

Skupmy się na tych odmiennościach i wynikających z nich przewagach. Pisałem już parę razy, że niektórych utworów nie lubię słuchać na słuchawkach, bo źle na nich wypadają, rażąc sztucznością. Należą do nich słynne „Rydwany Ognia”, za które Vangelis otrzymał Oskara. W wydaniu słuchawkowym są te Rydwany właśnie sztucznie wewnątrz poróżnicowane i sopranowo nieprawdziwie podbite, co uniemożliwia prawidłowy odbiór utworu. On się wówczas rozpada, przestaje działać. I tak było na wszystkich słuchawkach z tej recenzji poza OPPO. Tylko z nimi powstawała dźwiękowa chmura, która te porozbijane kawałki zbierała we wszechogarniającą siłę wyrazu. Dopiero wówczas rydwany Heliosa pędziły poprzez niebo. I było to jednoznacznie lepsze.

Innym poza całościowością atutem tych OPPO jest umiejętność wyciągania z przekazu wokalu. Pisałem o McIntoshach, że były pod tym względem lepsze od porównywanych z nimi Fostexów i Audeze. Faktycznie, ich wyraźność i wybitna sztuka różnicowania pozwala wokal czynić wyjątkowo indywidualnym i dobrze słyszalnym nawet kiedy wybrzmiewa pośród zgiełku. A zgiełk taki towarzyszy przede wszystkim utworom rockowym. To tam wokalista drze się w otoczeniu szalejącej perkusji, organów i gitar. I zwykle efekt jest taki, że słabo go słychać, a to co słychać nie pozwala przenikać w naturę głosu. Przekaz staje się ujednolicony i zmiksowany, a jeżeli coś się uwyraźnia, to prędzej perkusja albo gitara niż ludzki głos. Pod tym względem, to znaczy pod względem wydobycia tego głosu spośród zgiełku i pokazania jak brzmi naprawdę, OPPO są poza konkurencją. Choćby nie wiem jaki panował tumult, wokalista pokazuje się na pierwszym planie, a jego głos można co do specyfiki rozpoznawać tak jakby jego właściciel czytał na głos książkę w cichym otoczeniu. Odkrywszy to sprawdzałem rzecz raz za razem i raz za razem się to powtarzało. Rewelacja.

 

 

Kolejna sprawa, to słabe nagrania. Zwłaszcza te z podostrzeniem. Jest takich masa i często dzieje się tak, że słuchanie ich na dobrych słuchawkach oznacza mękę, bo zostają te soprany jeszcze podbite. Czasami to podbicie jest dobre, bo uwyraźnia, ale tak dzieje się z nagraniami słabymi bo mdłymi, a nie z tymi podostrzonymi. I tu na scenę wkraczają OPPO. Faktem jest, że z gorszym wzmacniaczem one także potrafią lekko przyostrzyć. Z Twin-Head i Accuphase po Crystal Cable podostrzanie było nie do pomyślenia. Każdy dźwięk, nawet najwyższy, się w powietrzu rozchodził, zupełnie nie dając wrażenia ostrości.

Jeszcze inny atut, to test zwykłego głosu. Bardzo ważny, kluczowy. Tyle razy pisałem, że w najlepszych słuchawkach te głos brzmią nienaturalnie, bo zbyt są esencjalne, pogłosowo wzbogacone, nadrealistyczne jak śpiew w łazience. Ale nie u OPPO. Właśnie one dają poczucie obecności osób normalnych, interlokutorów jak z życia. Bez żadnych dodatków i upiększeń. Wzorcowo.

 

 

Jako ostatni z atutów wymienię fortepian. I znowu – bo tak u tych OPPO jest zawsze – atutem tym jest propagacja dźwięku. Fortepian u nich promieniuje dźwiękami jak światłem, ale łagodnym, przeźroczystym, nie mającym własnej barwy; inne niż światło doznania niosącym. Bo właśnie to promieniowanie i pęd całego dźwięku czyni wysokie nuty szerszymi i w odbiorze niższymi, a poprzez to całe brzmienie staje się potężniejsze i ma większą siłę wyrazu. A jednocześnie sam dźwięk jest bardziej wielowarstwowy, bogatszy harmonicznie i bardziej naturalny. Nie jak pojedyncze krople, tylko jak deszcz cały. Nie umiem tego lepiej opisać, a poza tym nie miałem dość czasu żeby się w to zagłębiać. Ale brzmienie jest inne i często lepsze.
Podsumowanie

 

 

PODSUMOWANIE

Biorąc się blisko rok temu za opis flagowych OPPO PM-1 oczekiwałem sensacji, a potem byłem trochę rozczarowany. Grały wprawdzie stylowo, ale soprany miały kontrowersyjne. Z czasem się do  nich przekonałem i mi się spodobały, jednak ta góra pozostała za łagodna, zbyt powściągliwa emocjonalnie. Z kolei zakładając na Audio Show OPPO PM-2 natychmiast usłyszałem co innego i to mnie zaintrygowało. Mając je potem u siebie słuchałem od czasu do czasu i zawsze mi się podobały. Aż nadszedł dzień próby z Twin-Head, a wówczas skóra zaczęła mi cierpnąć. Okazało się, że przechwałki ludzi od OPPO wcale nie są czczą pogróżką. Te słuchawki naprawdę potrafią rzeczy gdzie indziej niemożliwe. Pod pewnymi względami okazują się najlepsze, a całościowy styl mają wybitnie swoisty. Posłuchawszy na nich niektórych utworów, te same w wydaniu innych słuchawek mogą zabrzmieć karykaturalnie. Czasami wręcz śmiesznie. Tak jak u Heraklita wszystko w nich płynie i jak u Anaksymenesa jest zbudowane z powietrza. Według OPPO pierwotny budulec, ontologiczna arché dźwięku, składa się wyłącznie z powietrza i poprzez nie propaguje. A ponieważ tak jest naprawdę, trzeba samemu sprawdzić, czy tak ukazana muzyka jest naszą, czy może wolimy tę bardziej zainscenizowaną, udającą, że składa się z rzeczy twardych i nieruchomych. A można przecież woleć taką i taką. Nie jesz wszak codziennie tego samego obiadu. A przy tym nie jest w ten sposób, że dźwięk słuchawek OPPO jest ezoteryczny i wiotki. Słuchawki ortodynamiczne tak nie grają; już prędzej elektrostaty. Dlatego OPPO PM-2 potrafią przytłoczyć potęgą i basem potężnym uderzyć, a czuć jedynie będzie w owej potędze przestrzeń, u innych o wiele bardziej ściśniętą.

 

 

PODSUMOWANIE W PUKTACH

Zalety:

• Wyjątkowy styl.
• Zjawiskowe, jedyne takie soprany.
• Popisowy przejazd przez test zwykłej mowy.
• Kapitalny fortepian.
• Rockowi wokaliści pokazani lepiej niż kiedykolwiek.
• Jedność sceny dźwiękowej.
• Jednorodność samych dźwięków.
• W efekcie wyjątkowa siła oddziaływania całego przekazu.
• Moc zawarta w przestrzeni.
• Obiecywany brak zniekształceń.
• A więc pełna kontrola nad dźwiękiem.
• Kapitalna reprodukcja słabych nagrań.
• Potrafią stanąć do walki z najsilniejszą nawet konkurencją i w niektórych aspektach ją pobić.
• Wygodne.
• Ładne.
• Praktyczne.
• Z dobrych surowców.
• Nadają się do sprzętu przenośnego.
• Odpinane kable, w tym dostępny firmowy symetryczny.
• Łatwo wymienne pady i dostępny welurowy zamiennik.
• Dedykowany wzmacniacz/przetwornik.
• Jak na oferowany potencjał, rozsądna cena.
• Polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia:

• Specyficzny styl.
• Co naprawdę potrafią, pokazują dopiero z wybitnymi wzmacniaczami.

kategorie:



  © 2018 Cinematic, Wszystkie prawa zastrzeżone   
projekt i wykonanie: e-technologie.pl